To, co kilka wpisów temu pokazało środkowy palec, obróciło się na pięcie i posz-ło!, nieoczekiwanie zawróciło, przeprosiło, że tak długo się nie odzywało i nieśmiało wystawiło puchatą łapkę na zgodę. Zapadłam się w sobie jak czarna dziura z radości, normalnie mnie zatchnęło, bo taka akcja to jest spełnienie jednego z moich marzeń. Oczywiście na trzeźwo to ja wiem, że współpraca, a szczególnie twórcza, to nie jest sytuacja, w której da się cokolwiek przewidzieć. Ale na tym też polega jej urok - nigdy nie wiadomo, jaki będzie efekt i czy na pamiątkowych zdjęciach będzie się błyszczeć pełnym garniturem zębów.
Biorę na klatę takiego Behemota, że niech mnie ręka boska broni. Z drugiej strony - nie ma ryzyka - nie ma zabawy, a wciąż noszę niedoleczone uzależnienie od adrenaliny, więc jestem podatna. Myślę, że nie jestem całkiem bez szans.
Maj, jak zwykle, uderza do głowy. Nawet w tym klimacie, w którym wiosna przemyka pod ścianami, na lato czeka się bezskutecznie do października, a potem przychodzi zima i dżingle panie bells, dżingle ich mać.
(Przetłumaczyłam książkę. W odwrotną stronę, więc trochę mi się kręci w głowie.)
Na fejsbuce jestem zakolegowana ze stroną, która promuje polską literaturę dla dzieci. Biedne, te polskie dzieci. Regularnie robią im wodę z mózgu, mówią głośno, wyraźnie i dużymi literami. Na wszelki wypadek, bo wiadomo, że literatura dla dzieci musi być dostosowana do wieku. Nie wierzę w takie coś, bo uważam, że podstawowym doświadczeniem dzieciństwa jest właśnie permanentny stan zanurzenia w niezrozumiałym świecie. Oczywiście, książki dla dzieci powinny ten świat jakoś tłumaczyć i porządkować, ale nic się gówniarzom nie stanie, jeśli natkną się na niezrozumiały pasaż, czy słowo. Suck it up, lil' bastards, takie jest życie - niezrozumiałe, trudne i nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Literatura w ogóle nie musi być łatwa, przyjemna i czytana w ciepłym świetle lampy z abażurem. Literatura nic nie musi. Nikt tu nie sugeruje serwowania ośmiolatkom opisów wiwisekcji, ale czytanie niektórych książeczek może skutkować samoczynną lobotomią i nie mówcie potem, że nie ostrzegałam.
W internetsach nic się nie ukryje. Jest to okoliczność bardzo sprzyjająca mojej paranoi, która ma się w związku z tym świetnie, a odkąd Google połączyło konto pocztowe z uTubem - wręcz kwitnie, dzięki wielkie. Od teraz Google wie, że kocham kucyponki, jedne pieski, takie bardziej z mordy śmieszne i marzę o steamerze do ubrań. (Taki sprzęt co prasuje ubrania parą, nie ślińcie się, no już.)
Pracowicie zacieram ślady, tym nie mówię, tamtym nie potwierdzam, a jakby co - i tak wszystkiemu zaprzeczę, bo nic na mnie nie macie.
Kłopot w tym, że zaczynam się czuć, jakbym była wiecznie nieskończoną układanką. Wiem, że każdy tak ma, ale linie demarkacyjne, które porysowałam wzdłuż i wszerz mojego życia, osłabiają całą tę strukturę i trochę się boję, że zacznie pękać.
(Coś błysnęło na horyzocie. Nastawiłam uszy, zmrużyłam oczy, naprężyłam się do skoku. Błysnęło, pokazało środkowy palec, obróciło się na pięcie i po-szło. Dużo, dużo, bardzo wulgarnych wyrazów.)
Czwarta ściana poszła w pył, gdy postać wyświetlona na ekranie zwróciła się bezpośrednio do mnie. Zatchnęło mnie. Odpowiedziałam ustami drugiej postaci na ekranie, rudej kobiety o porcelanowej cerze. Postać zadała następne pytanie, a ja znowu odpowiedziałam lekko zachrypniętym głosem tamtej kobiety. Słowo w słowo. Pytanie w odpowiedź. Wszystko się zgadzało, do teraz nie potrafię się otrząsnąć.
To był ostatni odcinek serii, czuję się, jakby odeszli moi przyjaciele. Obejrzenie ich śmierci (trzeba uczciwie przyznać, że pierwsza śmierć zdarzy się dopiero w 2025) wcale nie poprawia tej sytuacji.
Kilka dni temu mówiłam, że nie ma historii, nie ma spójnej narracji, że wszystko to fala, która nadchodzi i opada, zabiera wszystko co nam drogie i powraca, z tym samym bólem, z poczuciem straty, bo przecież nic nie wraca takie samo. Czas nie biegnie, on trwa. Niektórym to służy ("Wszystko się zmienia i to właśnie mnie uspokaja."), ja wciąż szukam jakiegoś punktu oparcia.
Jednostajny dźwięk promieniowania tła. Niebieskie żyły w mojej ręce ogrzanej i oświetlonej energią najbliższej gwiazdy. Samoświadoma obecność. Nieopisywalny ruch mas powietrza za oknem. Nadchodzi fala.
Jeśli Wam powiem, którą ulicę w mieście lubię najbardziej, najpierw podniesiecie brwi w niemym zdziwieniu, a potem podejrzliwie zmrużycie oczy. Naprawdę? To jest twoja ulubiona ulica w mieście? A nie boisz się tamtędy chodzić? I w ogóle, po co ty tam chodzisz?
Jeszcze w zeszłym roku, ulica była opanowana przez szpaki. Skakały sobie to tu, to tam, między nogami przechodniów, łyskały czarnymi oczami jak koraliki i urządzały głośne wiece na tematy aktualne i ważne dla szeroko pojętej wspólnoty. Wiece zwyczajowo odbywały się na wygiętym daszku ponad wejściem do hali targowej, gdzie połączony zapach trójkąta bermudzkiego złożonego z KFC, McDonalda i Burger Kinga drąży puste dziury w spojrzeniach przechodniów. Szpaki wiecowały, a popołudniowe, niskie słońce ożywiało żółcie murala w przedsionku hali targowej i robiło się tak nawet jakby z włoska, albo z hiszpańska, o ile nie padało, oczywiście. W tym roku szpaki chyba się wyniosły - stwierdzam brak, bo nie ma.
Natomiast byt szeregu kafejek, salonów tatuażu i wspierających różne fundacje second-handów wydaje się być niezagrożony. Przecież wszyscy potrzebują tatuaży, ubrań, porcelanowych tancerek, poradników jak schudnąć i tłustego jedzenia.
Przy stolikach na zewnątrz bez względu na pogodę siedzą ludzie. Rodziny, przyjaciółki, sąsiedzi. Uśmiechają się do siebie niepełnymi uśmiechami, poprawiają koszulki w cętki na wydatnych brzuchach, w pulchnych rękach trzymają paczki czipsów, pokrzykują na wesołe dzieci biegające między stolikami. Elektryczne skutery, na których pomykają słabi w nogach obywatele, stoją zaparkowane między metalowymi krzesłami, obwieszone girlandami plastikowych i papierowych toreb. Psy o kwadratowych szczękach napinają mięśnie i smycze, dzieci w wózkach wyciągają rączki do psów.
Gdy tylko klony rosnące w szpalerach wzdłuż ulicy wypuszczą liście, na ulicy wytworzy się lokalny mikroklimat. Zupełnie unikalna kombinacja proporcji ulicy, światła przepuszczonego przez klonowe korony i wysokiej wilgotności powietrza, daje wrażenie spaceru przez paprociowe poszycie, w charakterze i rozmiarze krasnoludka, oczywiście.
Moja ulubiona ulica w mieście, oswojona i zaludniona przez tych mniej fotogenicznych obywateli, nie ocenia, nie stara się nadmiernie, nie udaje bardziej, niż jest to niezbędnie potrzebne. Nic nie musi, niczego nie żałuje, na wszystko ma po prostu wyjebane w kosmos.
10 srok za ogon, a każda wierzga. Dam radę, tylko terminy przesuwają się nieubłagalnie w kierunku września. Niech i tak będzie, kolega mówi, że jesień to dobry czas na premiery.
Koledzy, znajomi, przyjaciele. Era facebook'a komplikuje mi życie. Duchy dawnych znajomości wyskakują nieproszone w rogu ekranu, a Facebook sugeruje w dobrej wierze charakterystycznej dla sadystów i idiotów, że tych ludzi tu właśnie, to ja pewnie znam i (w domyśle) mogłabym zakolegować. Owszem, mogłabym, ale nie chcę. Nie chcę wpuszczać tych wszystkich wczorajszych ludzi w moje dzisiejsze życie. Współczuję dzisiejszym dzieciakom, które wchodzą w życie z bagażem setek osób, o których już za kilka lat będą chciały zapomnieć. Nie ukryją się przed nimi, ale może też nigdy nie będą odczuwać takiej potrzeby. Nigdy tego nie zrozumiem. Pracowicie dzielę na kawałki swoją tożsamość i z nikim nie dzielę się wszystkimi. Lubię maski, zagadki i działania dywersyjne.
Nie mam pojęcia, jak poradzę sobie z wyjściem w świat pod sztandarem własnego imienia i nazwiska. Chwileczkę... To też będzie tylko i wyłącznie sztandar, godło, następna maska, taka sama jak ta, pod którą tutaj piszę. W takim razie - jestem bezpieczna.