"Bezużytek!" - wrzeszczała Natalia Oreiro w tej idiotycznej telenoweli, co ją można było oglądać w sieci.
"Bezużytek!" - mówię do siebie w lustrze i czuję się jak eejit, zupełnie jak wtedy, gdy jeździłam po wsi bez świateł. (Nie chcecie wiedzieć, ja wolę nie pamiętać.)
Gdzie pomyliłam krok? Gdzie zgubiłam rytm? Stoję pod ścianą i mnę w rękach rąbek własnej spódnicy.
Cierpliwie czekaliśmy z ciepłym ciastem na Chinkę. Ponad godzinę. Zapytaliśmy: czy twoje spóźnienie to jakaś różnica kulturowa, której nie łapiemy?
Cierpliwości za to zabrakło mi przy oglądaniu "Bottle shock". Zupełnie nieznany film z Alanem Rickmanen, który miał być "lepszym, subtelniejszym Sideways". Yeah, right. Sideways jest po prostu świetnym filmem, a Bottle shock to fiasko. Płytkie, irytujące, z pracą kamery prosto z podręcznika "operatorka dla idiotów", reżyserią rodem z "Mody na suknie sukces", i postaciami z papieru.
Już pierwsze ujęcia, wiecie, wizytówka reżysera, zwiastowały porażkę. Wystarczy porównać pierwszą scenę z Sideways, w której Miles siedzi z książką na ubikacji, z ujęciami winnic z lotu ptaka (helikopter, helikopter, łał, mamo, ale fajnie się lata helikopterem nad winnicami, mówię ci, kocham tę pracę!). A taki fajny, lekki, sympatyczny film o Kalifornii, pasji, winie i miłości mógł z tego być...
Poza tym ludzie mnie męczą. Wspominałam?
W środę stanęłam w blasku reflektorów i zostałam gwiazdą. Niecierpliwie czekam na czerwony dywan...
Mad Men, drugi sezon, odcinek w którym Joan zastyga ze stosem scenariuszy w ręku, kiedy jej piękne oczy ciemnieją, kiedy przełyka porażkę na gorzko. Kiedy zdaje sobie sprawę, że jest przecież tylko kobietą. A to oznacza, że jej praca dostanie się jakiemuś blond palantowi, któremu i tak będzie musiała "pomóc w szczegółach", czytaj zrobić wszystko za niego. On za to skasuje kasę, dostanie własne biurko, a z czasem własną Joan, która będzie odbierać telefony i przynosić mu lód do burbona. Ja wiem, że to są lata sześćdziesiąte. Ale ja to widziałam, ja wiem, jak boli głowa od walenia w szklany sufit.
Albo rybki, albo akwarium. Nie radzimy sobie w systemie, który wymaga od nas nieustającej gotowości do zarabiania pieniędzy. Tu przypomina mi się sondaż przeprowadzony w różnych europejskich krajach. Pytano o równowagę pomiędzy życiem zawodowym a rodzinnym. Irlandczycy powiedzieli, że świetnie równoważą rodzinę i pracę. Ktoś przytomnie skomentował, że ta równowaga po irlandzku, oznacza ni mniej ni więcej, a tatusia w pracy i mamusię w domu. Tatuś ma przechył stuprocentowy na pracę, mamusia na dom, ale średnia wychodzi 50%, więc o co chodzi, równowaga jest, jak najbardziej, gra i bucy.
Ja już nawet nie szukam etykietek z napisem "Zegarmistrzyni, licencjonowana feministka". Zwał, jak zwał, już dawno przestałam się przejmować, co mi ludzie na czoło usiłują przeczepiać. Interesuje mnie poszukiwanie takich ram dla życia, które nie będą robić z ludzi potworów wyjących z rozpaczy w swoich klatkach.
Powinnam przylepić se nalepkę z napisem "Zegarmistrzyni Utopistka"?
Kittensy jedzą mi z ręki. Patrzą na mnie wielkimi oczami i podstawiają łebki do głaskania. A ja przecież wcale nie jestem taka miła...
Mam spodnie w czerwoną kratkę. No i? Okazuje się, że są bardzo ekstrawaganckie. A ja myślałam, że to naród indywidualistów...
Czy negowanie zmiany klimatu będzie kiedyś traktowane jak kłamstwo oświęcimskie?
Przerażają mnie ludzie, którzy czytają, rozumieją, dyskutują, a jednak nadal poniżają mnie (tylko?) dlatego, że jestem kobietą. Co z tym światem jest nie tak? Może partenogeneza to nie jest takie złe rozwiązanie?
Nadużywane ostatnio słowo: jednak. Nadużywany znak interpunkcyjny: ...
Opadają mnie wątpliwości. Wielofasetowość świata nadal fascynuje, ale coraz częściej pytam, co ja tak naprawdę widzę.
4958 / 31853: Ofensywa frontowa ruszyła. Wyszliśmy z okopów, pierwszy przyczółek zdobyty. Nie jest źle, morale wśród wojska wysokie, ale dowództwo ma ochotę strzelić (sobie) coś mocniejszego, bo nie wie, co dalej. Ale mówią: piłeś, nie pisz, więc chyba się wstrzymam.
Piesek umarł.
Przyszedł list, że umarła, że ostał się szczeniaczek i trzeba go karmić
co dwie godziny z butelki. A jeszcze latem patrzyła mi w obiektyw
znacząco i z gracją. Stópki razem, nosek tak w sam raz, nie za wysoko -
I'm a lady całą mordą. Szkoda.
Wspomniany wcześniej Don Draper dostał werbalnie po ryju. Tak się ucieszyłam, że potraktowałam powietrze z pięści. Yeah!
Dziwny smak ma ten dzień, niby słodki... Jak lukrecja?
Wczoraj druga kawa w tym roku na powietrzu. Siedzieliśmy twardo aż słońce zniknęło za kamiennym murem i tylko trochę zmarzł mi nos. Sezon można by uznać za otwarty, gdyby nie ta plujka z wiatrem na dworze dziś od rana. Za to ciepło. Mewy wożą się na wietrze z zachodu. Niebo spadło i wisi, ale nie haczy o skronie. Da się żyć.
Zrobiłam wczoraj kartkę urodzinową dla pana spod ryb. Walnęłam dwa karpie koi, tylko że jeden z nich zaczął chyba ewolucję na własną płetwę i wygląda jakby szykował się wyjścia na ląd. Za to ma piękne wąsy.
Wallander, wersja BBC, wczoraj wieczorem. Piekło i szatani! - jak wykrzykiwał Król Gnomów. Wallander rasistą?! Słaba historyjka, że uprzedzenia ma nawet Wallander, że polityczna poprawność może nam skrzywić obraz, a w zasadzie osłuch, rzeczywistości (wyszeptała przed śmiercią F jak "foreigner" czy też może jak "farmer"?) Fuj wie.
Czytam o mistyce żydowskiej, czyli o kabale. Nikomu nie mówię, bo zaczną szukać na moim przegubie czerwonej nitki. W ogóle coraz mniej mówię.
Okazuje się, że jedzenie ryb jest gorsze niż jedzenie mięsa. A mięso to zuo. Więcej energii zżera produkcja mięsa, niż wszystkie auta, pociągi i samoloty razem wzięte. Natomiast ryby to już siódmy krąg piekieł - zaburzone ekosystemy, wstrzykiwane hormony i dręczone zwierzęta.
Mea culpa...
Jazda na szmacie zamiast fitnessu - tanio i pożytecznie.
Bardzo mnie dzisiaj zirytował Don Draper. To jest właśnie ten krytyczny moment, gdy postacie fikcyjne zaczynają być prawdziwsze od ludzi wokół.
Philip Roth, Indignation - lekcja pisania, lekcja osobista.
Praca kittensa - czysta poezja i wrażliwość przetopiona w obiekt-niebiekt. Sursum corda!
Po Avatarze bolały mnie oczy. I śniło mi się, że dostałam męskiego awatara. Od razu go wypróbowałam. (He, he)
Słucham soundtracku z Lost in translation i rozpracowuję skomplikowane relacje między postaciami. Znam ich wszystkich po imieniu, po kolorze oczu, wiem, jakie mają brudne sekrety i kiedy umrą. Demoralizujące.
Pod powiekami mam scenę z filmu latami reżyserowanego w głowie. Lustro, światło dogorywającego popołudnia, bawełniana koszulka w truskawki, telefon w kolorze kości słoniowej. Zajączki na ścianach. Telefon zaraz zadzwoni, dziewczyna w koszulce zapali papierosa stojąc w drzwiach otwartego balkonu. A potem wyjdzie i kamera wcale za nią nie podąży. Będzie śledzić drobinki pyłu widoczne na powierzchni lustra, przeskakujące cyferki elektronicznego zegara i nadciągającą noc. I tak to zostawmy.