Po Avatarze bolały mnie oczy. I śniło mi się, że dostałam męskiego awatara. Od razu go wypróbowałam. (He, he)
Słucham soundtracku z Lost in translation i rozpracowuję skomplikowane relacje między postaciami. Znam ich wszystkich po imieniu, po kolorze oczu, wiem, jakie mają brudne sekrety i kiedy umrą. Demoralizujące.
Pod powiekami mam scenę z filmu latami reżyserowanego w głowie. Lustro, światło dogorywającego popołudnia, bawełniana koszulka w truskawki, telefon w kolorze kości słoniowej. Zajączki na ścianach. Telefon zaraz zadzwoni, dziewczyna w koszulce zapali papierosa stojąc w drzwiach otwartego balkonu. A potem wyjdzie i kamera wcale za nią nie podąży. Będzie śledzić drobinki pyłu widoczne na powierzchni lustra, przeskakujące cyferki elektronicznego zegara i nadciągającą noc. I tak to zostawmy.
Zmagam się z biurokracją. Piszą do mnie listy, uprzejmie zawiadamiają, proszą, żebym udowodniła jak bardzo nie jestem wielbłądem. I każą se płacić za to, że w pocie czoła (a raczej zmarzniętymi paluszkami) wydrapałam sobie te literki po nazwisku.
Te listy powodują ból brzucha. Łzy bezsilności. Wiem ,wiem - przesadzam. Ale to jest organiczna reakcja na każdą ingerencję WŁADZY w moje życie.
Pora na wyznanie. Myślę, że zawsze to podejrzewaliście: jestem anarchistką.
Kapusta pyrka, pierogi suszą się na ściereczce, namacza się pszenica. Nad głową dyndają rajskie jabłuszka. Święta.
Jak zwykle jest zupełnie inaczej niż w zeszłym roku.
To też jest jakaś tradycja, prawda?
Niech już przybędzie słońca, bo hibernuję. Zakopana po czubek nosa pod kraciastymi kocami śnię, że wstaję rano, wałkuję ciasto, pakuję prezenty... Śni mi się, że padał śnieg. Śni mi się, że Święta i że nie mamy w czym podać kutii...
Niby wszystko jest realne, ci ludzie, te twarze, zmarznięte paluszki... A jednak nie opuszcza mnie zdziwienie, że to już, teraz, w tej chwili - dzieje się moje życie.
Czas popchnąć zegar świata, niech ten nowy rok już nadejdzie. Trzeba się obudzić.
Podróże nas podzieliły. Kawa stygła, za to głowy gorzały.
Otóż podróże kształcą. Tak mówi, a wie, co mówi, bo co kilka lat pakuje manatki, zmienia kraj i osadza się na nowo. Na tym etapie rozumiemy się, bo nami też rzuca w te i we wte. Mówi też, że ważne są doświadczenia. Nie, że w 5-cio gwiazdkowym hotelu się wylegujesz, ale że wyjdziesz poza bramę i doświadczysz.
A ja uśmiecham się diabolicznie i pytam: czego doświadczysz? Czy naprawdę wierzysz w to, że to doświadczenie nie jest wykadrowane, specjalnie wyselekcjonowane, wybrane zawczasu? Z myślą o takich jak ty, którym marzy się Autentyczne Doświadczenie?
Pytam: co to jest doświadczenie? I nie dostaję odpowiedzi. Zagubiony wzrok i niepewne: no, wiesz, Doświadczenie. Spotykasz innych ludzi i uczysz się od nich. Czego, pytam. I cisza, i niechęć, i zniecierpliwienie.
Wielki Biały Człowiek wśród szlachetnych dzikusów ma się dobrze. Doświadcza. Przede wszystkim rozkosznej świadomości, że nie jest jednym z nich i jest tu tylko na chwilę.
Na szczęście do tego etapu dyskusji nie dotarliśmy. To dobrze, bo jako ostatniego akordu używam mojego ulubionego podróżnika, Immanuela Kanta. Tego mogliby mi nie wybaczyć...
Chwiała się na szpilkach. Mój wzrok przykuły odsłonięte palce, a szczególnie te u lewej nogi, bo miała dziurę w czarnych rajstopach i wystawały bezwstydnie. Mówiła jednostajnym głosem automatycznej wiadomości, która przeprasza za wszystkie niedogodności, ale i tak wiadomo, że została nagrana po to, żeby ci dołożyć. Chwiała się na szpilkach, skubała rajstopy i gładziła mini-spódniczkę.
Słyszałam wyraźnie, jak ci tuż za mną zaczęli się ślinić.
Miała gładką twarz, porcelanowe usteczka i podmalowane oczy. Ta gładkość jej skóry, zimna, wręcz lśniąca, musiała ich niepokokoić. Myślę, że bezwiednie tarli dłońmi o uda, zastanawiając się, czy pod ich dotykiem pozostałaby chłodna.
Mrugała, co mnie z kolei wydało się frapujące. Czy to taki program? Czy też rzeczywista potrzeba?
Pomyślałam, że ona nie zamyka oczu. Że jej powieki przymykają się do rytmu jak lalce, a jej usta nigdy nie zmieniają rozchylonego stanu gotowości.
Mnie ta myśl wydała się nawet zabawna. Ci tuż za mną nerwowo poprawiali się na krzesłach.
Jestem człowiekiem, a nie jakąś pierdoloną wycinanką z papieru!
To chciałam dzisiaj zapisać, bo mi się przypomniało w trakcie oglądania "Californication".
A konkretnie, jak oni się upalili, uprawiali seks i pan spadł z łóżka, walnął się w głowę, zleciał obraz, a pan z tym obrazem w rękach się zatoczył, raz i drugi, a potem na niego zwymiotował.
I to było bardzo niefortunne, ponieważ obraz był drogi i należał przyszłego męża jego byłej nie-żony, a to wszystko działo się w tego prawie męża sypialni. I na dodatek oni, znaczy była nie-żona, prawie mąż i jeszcze jacyś statyści, weszli do sypialni na scenę wymiotowania na obraz bez majtek.
Wychowuję kocięta. Osiemnaście kociąt w poniedziałki, tyle samo w piątki. Można oszaleć. Ale płacą, więc gra i bucy. (Bardzo podoba mi się to powiedzonko, jeśli ktoś wie, skąd to, proszę koniecznie wpisać w komentarze!)
Był plan, żeby na blogu publikować tylko wiersze. Plan upadł, bo wierszy brak.
Bliska osoba nie odzywa się od miesięcy - powinnam się martwić czy poczuć się odrzucona?
Zamarynowałam śledzie, zakisiłam barszcz - próba generalna przed Wigilią.
A w lodówce mieszkała, bogini wie jak długo, zielona liszka. Gruba na palec. Cholerne organiczne warzywa prosto z ziemi!
Poza tym gra. I bucy. (Nie mogłam się powstrzymać!)